Obraz morza na zamówienie – historia jednego zlecenia i proces malarski

To zlecenie zaczęło się od maila. Krótki temat wiadomości: „Morze na Bemowie”. Zabrzmiało przyjemnie – tym chciałbym się zajmować, dostarczeniem marzeń do domu. To było ciekawe nie dlatego, że Bemowo i morze tworzą jakiś naturalny związek – wręcz przeciwnie. To właśnie ta sprzeczność mnie zainteresowała. Ktoś chciał mieć duży obraz morza w mieszkaniu w Warszawie, daleko od linii brzegowej, w miejscu, gdzie morze istnieje tylko jako wspomnienie, potrzeba albo marzenie o przestrzeni. Dla mnie, jako malarza, takie zlecenia są najciekawsze. Bo obraz na zamówienie nie zaczyna się od farby, tylko od intencji.


Obraz na zamówienie jako proces, a nie produkt

Obraz na zamówienie to jest proces malarski, w którym spotykają się dwie wrażliwości, dwa światy – moja i osoby zamawiającej.

W tym przypadku od początku było jasne, że:

  • obraz ma być duży,
  • ma przedstawiać morze,
  • ma wisieć w przestrzeni mieszkalnej w Warszawie,
  • nie ma być kiczowaty.

Duży format oznaczał jedno: pole do popisu. Duża skala w malarstwie zawsze obnaża decyzje. Na małym obrazie można się schować w detalu. Na dużym – wszystko widać: kompozycję, napięcia, fałsze.

Morze jako temat malarski – pole minowe kiczu

Morze jest jednym z najtrudniejszych tematów w malarstwie. Paradoksalnie dlatego, że jest tak atrakcyjne. Zachody słońca, połyskujące fale, efektowne refleksy – to wszystko aż prosi się o łatwe rozwiązania. A łatwe rozwiązania w malarstwie bardzo szybko zamieniają się w kicz. Nie interesowało mnie malowanie „ładnego morza”. Interesowało mnie malowanie morza prawdziwego malarsko. Dlatego jedną z pierwszych decyzji było to, że głębia morska nie będzie błękitna. Zamiast tego sięgnąłem po szarość Payna, bardzo głęboką, niemal czarną.
Taka ciemna, ciężka głębia:

  • buduje napięcie,
  • wprowadza dramatyzm,
  • odcina obraz od ilustracyjności.

Morze przestaje być wtedy dekoracją. Zaczyna być przestrzenią, czymś nie do końca oswojonym.

Obraz morza w trakcie prac malarskich


Spokojny widok plaży z łagodnymi falami spotykającymi się z brzegiem pod jasnoniebieskim niebem. Widoczny jest horyzont, gdzie głęboko niebieskie morze kontrastuje z bladym niebem, tworząc spokojną i minimalistyczną scenę.



Głębia niemal czarna – po co ten dramatyzm?

Ciemna głębia morska działa na widza podświadomie. Nie daje łatwego komfortu. Zmusza do zatrzymania wzroku.
To zabieg, który był obecny w historii malarstwa morskiego wielokrotnie, choć rzadko w wersjach „wakacyjnych”.

Bardzo bliskie jest mi w tym sensie malarstwo Łukasza Rudnickiego, który wielokrotnie malował morze niemal czarne, graficzne, ciężkie, często z obecnością okrętów wojennych. U niego morze nie jest pejzażem wypoczynkowym, tylko sceną napięcia.

Tyle że w tym zleceniu wiedziałem, że to jeszcze za mało.
Czarne, graficzne morze byłoby zbyt surowe, zbyt „antywczasowe”. A przecież ten obraz miał wisieć w domu i dawać oddech, nie tylko ciężar.

Płycizna jako przeciwwaga – kolor i światło

Dlatego druga decyzja była przeciwstawna.
Na płyciźnie pozwoliłem sobie na kolor.

Fale malowałem błękitami:

  • błękitem śródziemnomorskim,
  • błękitem królewskim,
  • przełamanym bielą.

To miejsce obrazu, gdzie morze zaczyna być lżejsze, bardziej dostępne, bardziej cielesne.
I tu pojawił się jeszcze jeden ważny element: piasek.

Biały piasek jak w Karwii

Karwia ma – moim zdaniem – najładniejszy biały piasek na polskim wybrzeżu. Nie jest szary, nie jest żółtawy. Jest jasny, czysty, niemal świecący.

Chciałem ten efekt uzyskać malarsko, bez użycia „gotowej bieli”.
Dlatego mieszałem:

  • jasny róż,
  • żółcień kadmową,
  • biel.

Efekt był zaskakujący nawet dla mnie: biel piasku jaśniejsza od czystej bieli z tuby.
To jeden z tych momentów, kiedy farba olejna pokazuje swoją przewagę – pozwala budować kolor poprzez relacje, nie poprzez dosłowność.

Obraz morza, który nie jest ilustracją

Dzięki temu zestawieniu:

  • niemal czarnej głębi,
  • jasnej, świetlistej płycizny,
  • chłodnych błękitów fal,

obraz przestał być „ładnym widoczkiem”.
Stał się malarskim napięciem pomiędzy ciężarem a lekkością, pomiędzy dramatyzmem a wakacyjnym oddechem.

To jest dokładnie ten moment, w którym obraz przestaje być ilustracją, a zaczyna być obecnością w przestrzeni.

Duży obraz w warszawskim mieszkaniu

Kiedy maluję obrazy na zamówienie, zawsze myślę o tym, gdzie one będą żyły.
Ten obraz miał wisieć w mieszkaniu na Bemowie. Daleko od morza. Tym bardziej zależało mi, żeby nie był pocztówką.

Chciałem, żeby dawał:

  • poczucie przestrzeni,
  • namiastkę wolności,
  • moment zatrzymania.

Nie „urlop”, ale oddech.

Zadowolenie odbiorczyni i sens malowania na zamówienie

Odbiorczyni była zadowolona.
A dla mnie to zawsze moment szczególny – bo obraz przestaje być mój. Zaczyna żyć w czyimś domu, w czyjejś codzienności. Lubię myśleć, że ten obraz morza w Warszawie daje choć fragment tego, co daje prawdziwe morze:
nie tyle widok, co poczucie otwartej przestrzeni. I chyba właśnie po to maluję obrazy na zamówienie. Ten obraz powstał jako obraz na zamówienie, rozumiany nie jako produkt, ale jako proces malarski i rozmowa o potrzebie przestrzeni.


Dlaczego warto zamówić obraz morza bez kiczu

Jeśli ktoś pyta mnie, dlaczego warto zamówić obraz morza na zamówienie, odpowiadam:
bo wtedy morze nie musi być takie jak wszędzie.

Może być:

  • ciemne,
  • jasne,
  • spokojne,
  • dramatyczne,
  • minimalistyczne,
  • malarskie.

Może być Twoje – a jednocześnie zakorzenione w świadomej tradycji malarstwa.